I stało się...
Pisałem wam wczoraj - Wam - moim znajomym, przyjaciołom, ludziom, z którymi coś mnie łączy - pisałem o swoim dylemacie: iść na imprezę czy nie, siedzieć w domu jak jakiś dziad znudzony życiem i gapić się w ekran. Jedno i drugie miało swoje zalety - po ciężkim tygodniu chciałem się zresetować, wyłączyć. Ale ryzyko było duże - no bo w końcu... byliście na imprezie, na której nikt nie pali? W klubie, przed klubem, na przystanku, w drodze do kebabiarni - zawsze spotkacie przynajmniej kilku palących. Chyba, że imprezujecie na jakiejś plebanii - choć i tam pewnie zdarzają się palacze... Pół biedy, jeśli jesteście w drodze na imprezę, przed biforem, jednym słowem - trzeźwi. Ale cała bieda, jeśli jesteście pomiędzy jednym a drugim klubem czy klubem a domówką i macie już trochę w czubie.
Mnie spotkała cała bieda.
Godzina 20:36, dzwoni Pyśka (o Pyśce wam kiedyś napiszę - to znaczy tym z was, którzy Pyśki nie znają, bo nie należą do paczki, a na bloga trafili z polecenia czy przez przypadek... W każdym razie Pyśka - jak sama nazwa wskazuje - to wyjątkowa baba na ziemi. Z jajami, charakterem samca alfa, całe szczęście - bez penisa). Dzwoni Pyśka i temat jest prosty: o 22 na zbiórka na Centralnym, szybki skok na parę shotów, a potem w tango. Umierać będziemy zaś u niej nad ranem. Musicie wiedzieć, jeśli tego nie wiecie, że to jest standardowy plan Pyśki na weekend. Chociaż czasem zdarzają się wyjątki - np. wtedy, gdy Pyśka po imprezie organizuje u siebie orgię.
Tym razem żadnych orgii być nie miało (przynajmniej w planach). Shoty zaliczone (wódka nad Wisłą to jest to), poszliśmy do klubu. W międzyczasie zebrała się spora ekipa: Piotrków, Alka z Elką, Mauens, Greg ze swoimi (wszystkich wam kiedyś przedstawię, obiecuję!). Imprezowy standard. Wymyśliliśmy sobie, że idziemy do Parku - wspominamy go całkiem nieźle z czasów studenckich, czyli sprzed nie tak dawna. Ale nie wspomniałem o jednej ważnej rzeczy - połowa mojej ekipy plus Greg ze swoimi - palą. I są przyzwyczajeni do tego, że ja też palę. I co im powiedzieć? "Słuchajcie, po raz 65 próbuję rzucić palenie, więc nie, dzięki!"? Przecież mnie wyśmieją, że tak, że oni też rzucają, a więc Michu nie pierdol, zajaraj, dobrze ci to zrobi i takie tam. Tego nie chciałem, bo byłem pewien, że po drugiej czy trzeciej kolejce i namawianiach nie dałbym rady (alkohol robi swoje). No to wpadłem na inny pomysł: powiem im, że dzisiaj nie palę. Że zrobiłem sobie małą przerwę. Czy uwierzą w coś takiego? Chyba słabo. Powiem im, że strułem się czymś wczoraj (wiedzą, że dość słabo gotuję), że to co prawda nic poważnego, ale wstrzymuję się z paleniem, bo po fajkach chce mi się po prostu rzygać, a tego przecież nie chcieliby zobaczyć.
No i tak im powiedziałem, jak tylko przyszło co do czego - czyli po dziesięciu minutach. O dziwo, złapali się na to (mam nadzieję, że nie obrażą się na mnie, kiedy to przeczytają - ej, sorry, ale musiałem!). Przy okazji miałem świetną wymówkę, aby nie pić za dużo, choć shoty na biforze zrobiły swoje. No ale wiecie, jak jest...
Wróciłem do siebie nad ranem, przespałem połowę niedzieli. Czuję się inaczej: nie śmierdzę, nie boli mnie głowa, nie jest mi niedobrze - nowość! Jakby mi ktoś wszczepił nową wątrobę! Czy zawsze tak jest, jak się nie pali?
Dobrego wieczoru wam życzę!
Pisałem wam wczoraj - Wam - moim znajomym, przyjaciołom, ludziom, z którymi coś mnie łączy - pisałem o swoim dylemacie: iść na imprezę czy nie, siedzieć w domu jak jakiś dziad znudzony życiem i gapić się w ekran. Jedno i drugie miało swoje zalety - po ciężkim tygodniu chciałem się zresetować, wyłączyć. Ale ryzyko było duże - no bo w końcu... byliście na imprezie, na której nikt nie pali? W klubie, przed klubem, na przystanku, w drodze do kebabiarni - zawsze spotkacie przynajmniej kilku palących. Chyba, że imprezujecie na jakiejś plebanii - choć i tam pewnie zdarzają się palacze... Pół biedy, jeśli jesteście w drodze na imprezę, przed biforem, jednym słowem - trzeźwi. Ale cała bieda, jeśli jesteście pomiędzy jednym a drugim klubem czy klubem a domówką i macie już trochę w czubie.
Mnie spotkała cała bieda.
Godzina 20:36, dzwoni Pyśka (o Pyśce wam kiedyś napiszę - to znaczy tym z was, którzy Pyśki nie znają, bo nie należą do paczki, a na bloga trafili z polecenia czy przez przypadek... W każdym razie Pyśka - jak sama nazwa wskazuje - to wyjątkowa baba na ziemi. Z jajami, charakterem samca alfa, całe szczęście - bez penisa). Dzwoni Pyśka i temat jest prosty: o 22 na zbiórka na Centralnym, szybki skok na parę shotów, a potem w tango. Umierać będziemy zaś u niej nad ranem. Musicie wiedzieć, jeśli tego nie wiecie, że to jest standardowy plan Pyśki na weekend. Chociaż czasem zdarzają się wyjątki - np. wtedy, gdy Pyśka po imprezie organizuje u siebie orgię.
Tym razem żadnych orgii być nie miało (przynajmniej w planach). Shoty zaliczone (wódka nad Wisłą to jest to), poszliśmy do klubu. W międzyczasie zebrała się spora ekipa: Piotrków, Alka z Elką, Mauens, Greg ze swoimi (wszystkich wam kiedyś przedstawię, obiecuję!). Imprezowy standard. Wymyśliliśmy sobie, że idziemy do Parku - wspominamy go całkiem nieźle z czasów studenckich, czyli sprzed nie tak dawna. Ale nie wspomniałem o jednej ważnej rzeczy - połowa mojej ekipy plus Greg ze swoimi - palą. I są przyzwyczajeni do tego, że ja też palę. I co im powiedzieć? "Słuchajcie, po raz 65 próbuję rzucić palenie, więc nie, dzięki!"? Przecież mnie wyśmieją, że tak, że oni też rzucają, a więc Michu nie pierdol, zajaraj, dobrze ci to zrobi i takie tam. Tego nie chciałem, bo byłem pewien, że po drugiej czy trzeciej kolejce i namawianiach nie dałbym rady (alkohol robi swoje). No to wpadłem na inny pomysł: powiem im, że dzisiaj nie palę. Że zrobiłem sobie małą przerwę. Czy uwierzą w coś takiego? Chyba słabo. Powiem im, że strułem się czymś wczoraj (wiedzą, że dość słabo gotuję), że to co prawda nic poważnego, ale wstrzymuję się z paleniem, bo po fajkach chce mi się po prostu rzygać, a tego przecież nie chcieliby zobaczyć.
No i tak im powiedziałem, jak tylko przyszło co do czego - czyli po dziesięciu minutach. O dziwo, złapali się na to (mam nadzieję, że nie obrażą się na mnie, kiedy to przeczytają - ej, sorry, ale musiałem!). Przy okazji miałem świetną wymówkę, aby nie pić za dużo, choć shoty na biforze zrobiły swoje. No ale wiecie, jak jest...
Wróciłem do siebie nad ranem, przespałem połowę niedzieli. Czuję się inaczej: nie śmierdzę, nie boli mnie głowa, nie jest mi niedobrze - nowość! Jakby mi ktoś wszczepił nową wątrobę! Czy zawsze tak jest, jak się nie pali?
Dobrego wieczoru wam życzę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz