sobota, 31 sierpnia 2013

Dzień 2: sprzątanie, prasowanie - cokolwiek!

Rzucanie palenia to zdobywanie doświadczenia. Z każdą kolejną próbą twój nałóg coraz bardziej cię zaskakuje i zastawia pułapki tam, gdzie się tego nie spodziewasz.

Dzień drugi - trudny, ponieważ wypada w dzień wolny. A skoro trochę wolnego, to myślenie: co robić wieczorem, czy umówić się na piwo, a może iść na imprezę? Dzwonią znajomi i przyjaciele i już nie wiadomo, jak odmawiać. I co w ogóle zrobić z tym dniem, żeby zająć myśli?

Dziwne uczucie w ustach ciągle się utrzymuje i nasila w momentach, w których papieros był nieodłącznym elementem: po przebudzeniu, przy piciu kawy, czytaniu gazety, po jedzeniu... To wiele wyjaśnia: psychiczne uzależnienie od papierosów jest bardzo silne, chyba silniejsze od fizycznego uzależnienia od nikotyny.

Przed takim dylematem stanąłem wczoraj: jak zaplanować sobie sobotę. I z pomocą przyszło... moje lenistwo.

No bo, co tu kryć, jestem leniwy. To znaczy - wykonuję swoją pracę, mam hobby, lubię działać - ale kiedy przychodzę do domu to czasem jestem po prostu zmęczony i nie chce mi się sprzątać, układać prania, ścierać kurzy. Gdybym mógł, z chęcią zatrudniłbym kogoś odpowiedzialnego za dom. Ale to pieśń przyszłości. Tylko spokojnie, wielkiego brudu nie ma, buty nie przyklejają się do podłogi! Ale test białej rękawiczki czy jakikolwiek inny najpewniej bym oblał.

A więc lenistwo sprawiło, że przetrwałem tę sobotę. Bo przez lenistwo trzeba było dokonać generalnych porządków w domu. Przy okazji to zawsze jakiś wysiłek fizyczny, no nie? :) Najfajniejsze, że mi się spodobało. Może dlatego, że zmieniłem podejście? Do tej pory sprzątanie traktowałem jako zło konieczne: mam godzinę, umyję kuchnię, bo już brudno. I myślałem tylko o tym, żeby było szybko, skutecznie i bezboleśnie. Teraz - nie zależało mi na czasie. Wręcz przeciwnie - chciałem, aby sprzątanie trwało jak najdłużej! Myślałem: zmęczę się, skończę wieczorem, pójdę spać - jeden dzień bez nałogu więcej - i to ważny dzień! I się udało. Przy okazji odkryłem, jak wiele jest w domu do wysprzątania, poukładania... Wpadłem też na kilka ciekawych rozwiązań, jak lepiej urządzić mieszkanie, co gdzie poukładać... I po raz kolejny przekonałem się, że opieka nad domem to praca na pełen etat... ufff - ale było warto ;-)

Jest już po dwudziestej - co zrobić z nadchodzącym wieczorem? Nadal nie wiem. Czy warto iść na imprezę i ryzykować? Jakie są Wasze doświadczenia?

piątek, 30 sierpnia 2013

Dzień 1: koszmarne sny

A więc stało się - jestem niepalący. Jestem byłym palaczem. Ale czy na pewno? Ciągle pojawiają się jakieś wątpliwości: czy tym razem się uda, czy nie nawalę, czy się nie złamię... Boję się tego. Wstyd się przyznać, ale bardzo się boję kolejnej porażki. Mam poczucie, że może być ostatnia, że kolejny raz nie będę miał siły.

Gdyby tak policzyć ile ich już było... Piętnaście? Dwadzieścia? Tylko jak policzyć? Czy spontaniczne i krótkotrwałe postanowienia liczą się tak samo jak kilkudniowe przerwy (które wtedy miały być wyjściem z nałogu)? Te najbardziej żenujące tak samo jak obietnice składane na serio, przemyślane i przygotowane?

A jakie były te najbardziej żenujące? Przychodzi mi do głowy jeden szczególny raz. Odgrywałem przed sobą złość - i okazało się, że jestem wyjątkowo kiepskim aktorem.

Było wiosenne przedpołudnie, sobota. Wstałem po imprezie, trochę skacowany, ze ściśniętym żołądkiem i kapciem w gębie. Znacie to uczucie - nie chce się jeszcze jeść, może chce się pić, ale cholernie chce się PALIĆ i to mimo bólu głowy, żołądka, który błaga o litość i ogólnego skołowania. I odpalacie faję, i żałujecie już po pierwszym wciągnięciu, bo robi się jeszcze bardziej niedobrze, chce się wymiotować, głowa pulsuje i ból się nasila. I tak było właśnie wtedy. Miałem zły nastrój, zdenerwowałem się na siebie: jak to, dlaczego ja tak się męczę? Dopaliłem papierosa, wziąłem paczkę, pobiegłem do kuchni, wyciągnąłem na środek kosz i ostentacyjnie, jeden za drugim, połamałem siedemnaście papierosów, za każdym razem mówiąc, że to już jest koniec.

Ale byłem naiwny! Nie minęły dwie godziny, a mnie już naszła ochota na zapalenie. Walczyłem ze sobą, ale ponieważ moja silna wola była wyjątkowo słaba, zszedłem do kiosku. Zapalony papieros nie smakował, poczułem się źle, byłem na siebie zdenerwowany. Wyrzuciłem paczkę do śmietnika przed klatką do bloku. A wieczorem... wieczorem jeszcze raz powtórzyłem to samo.

I tak jednego dnia kupiłem trzy paczki papierosów. Żałosne, co?


A teraz o tym, jak jest DZIŚ:

Piątek, koniec pracy i weekend, którego jakoś się obawiam. Wstałem niewyspany, budziłem się w nocy. Najpierw w ogóle nie chciało mi się spać, czułem się pobudzony i pełen energii, a kiedy wreszcie zasnąłem, śniły mi się koszmary. Najpierw, że wchodzę do swojego domu i zdaję sobie sprawę, że został splądrowany i czuję, że złodziej jest jeszcze gdzieś w pobliżu, choć go nie widzę. Zerwałem się oblany zimnym potem. Po godzinie zasnąłem, ale tym razem śniło mi się, że siedzimy na zabraniu w pracy. Naprzeciwko mnie kierownictwo. Rozmowa dotyczy bardzo ważnego projektu, nad którym tyramy od miesięcy. Jestem jego koordynatorem. Oni są niezadowoleni. Mówią, że nie skończymy na czas, że nie ma szans. Mają pretensje. Dopytują, dlaczego nie ma efektów. Rozmowa robi się coraz bardziej burzliwa, a ja siedzę, patrzę na nich, próbuję się bronić, a w głowie rozpaczam, że nie mogę zapalić...

W pracy nie było źle. Skłamałem kumplom, że boli mnie brzuch i "na razie nie palę, może potem". Fakt, ostatnio coraz częściej źle się czułem, więc było to wiarygodne. Boję się za to weekendu. Imprezy? Odpadają. Czuję, że po dwóch piwach zapaliłbym nawet starą skarpetę. Siedzieć w domu? Jak zająć czas? Chyba zrobię generalne porządki.

Po swoich kilkudziesięciu porażkach przygotowałem się już na to, co mnie najbardziej drażni w pierwszych dniach rzucania: to łaskotanie, dziwne uczucie w buzi i na języku. Nasila się w chwilach stresu, a wieczorem nie pozwala zasnąć. Kiedy to mija? Po tygodniu? Po dwóch? Nie pamiętam.

Jak mogę z nim walczyć? I jak przeżyć weekend?

czwartek, 29 sierpnia 2013

Tym razem się nie poddam

Przychodzi taki dzień: budzisz się rano, zmęczony, niewyspany, z charakterystycznym posmakiem w ustach, czymś w rodzaju swędzenia, łaskotania. Nie zastanawiasz się, jaki będzie to dzień, co dobrego Cię spotka, czego się dowiesz, nauczysz, kogo poznasz... Pierwsza myśl jest prosta: zapalić! Idziesz więc nieprzytomnie do kuchni lub na balkon, czujesz się źle, że od samego rana trujesz swój organizm. Ale to on się domaga nikotyny!

Przychodzi taki dzień, że postanawiasz wyrwać się z tej pętli. Dzień, w którym chcesz zacząć żyć wreszcie zgodnie ze sobą, czuć się szczęśliwy, spełniony, bez nałogu, bez smrodu, bez poczucia winy. Dzień, w którym chcesz zacząć smakować życie, czuć zapach letniego wieczoru, smak potraw, przypomnieć sobie, co znaczy obudzić się wypoczętym.

Dla mnie ten dzień nadszedł dziś.

Mam na imię Michał. Mam 26 lat. Skończyłem studia i od prawie trzech lat pracuję w korporacji. Nie narzekam na kiepską pensję, a raczej na brak czasu dla siebie. Mam nadwagę, kompleksy, czuję się ze sobą źle. I wreszcie postanowiłem to zmienić.

Wierzę w to, że mi się uda. I że Ty też możesz. Chciałbym opisać moje zmagania z nałogiem, aby ci, którzy nie palą, wiedzieli, by nigdy nie zaczynać. A ci, którzy - tak jak ja - próbują rzucić, by mieli wsparcie i wiedzieli, że nie są sami.

Droga do wolności zaczyna się TUTAJ. Idziesz ze mną? ;-)