A więc stało się - jestem niepalący. Jestem byłym palaczem. Ale czy na pewno? Ciągle pojawiają się jakieś wątpliwości: czy tym razem się uda, czy nie nawalę, czy się nie złamię... Boję się tego. Wstyd się przyznać, ale bardzo się boję kolejnej porażki. Mam poczucie, że może być ostatnia, że kolejny raz nie będę miał siły.
Gdyby tak policzyć ile ich już było... Piętnaście? Dwadzieścia? Tylko jak policzyć? Czy spontaniczne i krótkotrwałe postanowienia liczą się tak samo jak kilkudniowe przerwy (które wtedy miały być wyjściem z nałogu)? Te najbardziej żenujące tak samo jak obietnice składane na serio, przemyślane i przygotowane?
A jakie były te najbardziej żenujące? Przychodzi mi do głowy jeden szczególny raz. Odgrywałem przed sobą złość - i okazało się, że jestem wyjątkowo kiepskim aktorem.
Było wiosenne przedpołudnie, sobota. Wstałem po imprezie, trochę skacowany, ze ściśniętym żołądkiem i kapciem w gębie. Znacie to uczucie - nie chce się jeszcze jeść, może chce się pić, ale cholernie chce się PALIĆ i to mimo bólu głowy, żołądka, który błaga o litość i ogólnego skołowania. I odpalacie faję, i żałujecie już po pierwszym wciągnięciu, bo robi się jeszcze bardziej niedobrze, chce się wymiotować, głowa pulsuje i ból się nasila. I tak było właśnie wtedy. Miałem zły nastrój, zdenerwowałem się na siebie: jak to, dlaczego ja tak się męczę? Dopaliłem papierosa, wziąłem paczkę, pobiegłem do kuchni, wyciągnąłem na środek kosz i ostentacyjnie, jeden za drugim, połamałem siedemnaście papierosów, za każdym razem mówiąc, że to już jest koniec.
Ale byłem naiwny! Nie minęły dwie godziny, a mnie już naszła ochota na zapalenie. Walczyłem ze sobą, ale ponieważ moja silna wola była wyjątkowo słaba, zszedłem do kiosku. Zapalony papieros nie smakował, poczułem się źle, byłem na siebie zdenerwowany. Wyrzuciłem paczkę do śmietnika przed klatką do bloku. A wieczorem... wieczorem jeszcze raz powtórzyłem to samo.
I tak jednego dnia kupiłem trzy paczki papierosów. Żałosne, co?
A teraz o tym, jak jest DZIŚ:
Piątek, koniec pracy i weekend, którego jakoś się obawiam. Wstałem niewyspany, budziłem się w nocy. Najpierw w ogóle nie chciało mi się spać, czułem się pobudzony i pełen energii, a kiedy wreszcie zasnąłem, śniły mi się koszmary. Najpierw, że wchodzę do swojego domu i zdaję sobie sprawę, że został splądrowany i czuję, że złodziej jest jeszcze gdzieś w pobliżu, choć go nie widzę. Zerwałem się oblany zimnym potem. Po godzinie zasnąłem, ale tym razem śniło mi się, że siedzimy na zabraniu w pracy. Naprzeciwko mnie kierownictwo. Rozmowa dotyczy bardzo ważnego projektu, nad którym tyramy od miesięcy. Jestem jego koordynatorem. Oni są niezadowoleni. Mówią, że nie skończymy na czas, że nie ma szans. Mają pretensje. Dopytują, dlaczego nie ma efektów. Rozmowa robi się coraz bardziej burzliwa, a ja siedzę, patrzę na nich, próbuję się bronić, a w głowie rozpaczam, że nie mogę zapalić...
W pracy nie było źle. Skłamałem kumplom, że boli mnie brzuch i "na razie nie palę, może potem". Fakt, ostatnio coraz częściej źle się czułem, więc było to wiarygodne. Boję się za to weekendu. Imprezy? Odpadają. Czuję, że po dwóch piwach zapaliłbym nawet starą skarpetę. Siedzieć w domu? Jak zająć czas? Chyba zrobię generalne porządki.
Po swoich kilkudziesięciu porażkach przygotowałem się już na to, co mnie najbardziej drażni w pierwszych dniach rzucania: to łaskotanie, dziwne uczucie w buzi i na języku. Nasila się w chwilach stresu, a wieczorem nie pozwala zasnąć. Kiedy to mija? Po tygodniu? Po dwóch? Nie pamiętam.
Jak mogę z nim walczyć? I jak przeżyć weekend?
Gdyby tak policzyć ile ich już było... Piętnaście? Dwadzieścia? Tylko jak policzyć? Czy spontaniczne i krótkotrwałe postanowienia liczą się tak samo jak kilkudniowe przerwy (które wtedy miały być wyjściem z nałogu)? Te najbardziej żenujące tak samo jak obietnice składane na serio, przemyślane i przygotowane?
A jakie były te najbardziej żenujące? Przychodzi mi do głowy jeden szczególny raz. Odgrywałem przed sobą złość - i okazało się, że jestem wyjątkowo kiepskim aktorem.
Było wiosenne przedpołudnie, sobota. Wstałem po imprezie, trochę skacowany, ze ściśniętym żołądkiem i kapciem w gębie. Znacie to uczucie - nie chce się jeszcze jeść, może chce się pić, ale cholernie chce się PALIĆ i to mimo bólu głowy, żołądka, który błaga o litość i ogólnego skołowania. I odpalacie faję, i żałujecie już po pierwszym wciągnięciu, bo robi się jeszcze bardziej niedobrze, chce się wymiotować, głowa pulsuje i ból się nasila. I tak było właśnie wtedy. Miałem zły nastrój, zdenerwowałem się na siebie: jak to, dlaczego ja tak się męczę? Dopaliłem papierosa, wziąłem paczkę, pobiegłem do kuchni, wyciągnąłem na środek kosz i ostentacyjnie, jeden za drugim, połamałem siedemnaście papierosów, za każdym razem mówiąc, że to już jest koniec.
Ale byłem naiwny! Nie minęły dwie godziny, a mnie już naszła ochota na zapalenie. Walczyłem ze sobą, ale ponieważ moja silna wola była wyjątkowo słaba, zszedłem do kiosku. Zapalony papieros nie smakował, poczułem się źle, byłem na siebie zdenerwowany. Wyrzuciłem paczkę do śmietnika przed klatką do bloku. A wieczorem... wieczorem jeszcze raz powtórzyłem to samo.
I tak jednego dnia kupiłem trzy paczki papierosów. Żałosne, co?
A teraz o tym, jak jest DZIŚ:
Piątek, koniec pracy i weekend, którego jakoś się obawiam. Wstałem niewyspany, budziłem się w nocy. Najpierw w ogóle nie chciało mi się spać, czułem się pobudzony i pełen energii, a kiedy wreszcie zasnąłem, śniły mi się koszmary. Najpierw, że wchodzę do swojego domu i zdaję sobie sprawę, że został splądrowany i czuję, że złodziej jest jeszcze gdzieś w pobliżu, choć go nie widzę. Zerwałem się oblany zimnym potem. Po godzinie zasnąłem, ale tym razem śniło mi się, że siedzimy na zabraniu w pracy. Naprzeciwko mnie kierownictwo. Rozmowa dotyczy bardzo ważnego projektu, nad którym tyramy od miesięcy. Jestem jego koordynatorem. Oni są niezadowoleni. Mówią, że nie skończymy na czas, że nie ma szans. Mają pretensje. Dopytują, dlaczego nie ma efektów. Rozmowa robi się coraz bardziej burzliwa, a ja siedzę, patrzę na nich, próbuję się bronić, a w głowie rozpaczam, że nie mogę zapalić...
W pracy nie było źle. Skłamałem kumplom, że boli mnie brzuch i "na razie nie palę, może potem". Fakt, ostatnio coraz częściej źle się czułem, więc było to wiarygodne. Boję się za to weekendu. Imprezy? Odpadają. Czuję, że po dwóch piwach zapaliłbym nawet starą skarpetę. Siedzieć w domu? Jak zająć czas? Chyba zrobię generalne porządki.
Po swoich kilkudziesięciu porażkach przygotowałem się już na to, co mnie najbardziej drażni w pierwszych dniach rzucania: to łaskotanie, dziwne uczucie w buzi i na języku. Nasila się w chwilach stresu, a wieczorem nie pozwala zasnąć. Kiedy to mija? Po tygodniu? Po dwóch? Nie pamiętam.
Jak mogę z nim walczyć? I jak przeżyć weekend?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz