poniedziałek, 9 września 2013

Dzień 11: tydzień bez weekendu...

... to jak żołnierz bez karabinu.

A jednak, jak już pisałem, zakończenie ostatniego tygodnia było bardzo trudne i całkowicie zawalone pracą.

Zawsze się śmieję, że my, korpoludki, przyzwyczajamy się do pracy na pełnych obrotach - od ósmej do siedemnastej, czasem chwilę dłużej. Weekend to restart, to ładowanie baterii, trzeba o wszystkim zapomnieć, sponiewierać się, napić wódki, wytańczyć. To jest tak oczywiste jak to, że po dniu przychodzi noc.

Kiedy więc zdarza się tak, że praca dopada Cię także w sobotę i w niedzielę, to nie tylko jest to intrygujące na swój sposób (w końcu rozwala rutynę), ale także cholernie irytujące, bo kiedy naładować te baterie?

Bałem się, że to będzie pretekst do tego, by wrócić do palenia. Niewyspanie, zmęczenie, zniechęcenie, złość - w takim stanie najprościej o chwilę słabości, która może przekreślić wszystko. I były takie chwile. Głupie uczucie, nie? Jak zawsze, gdy zaczynało się dzień od papierosa - ta myśl, że jasne, że będziesz tego żałować, ale nie wiedzieć czemu, robisz to...

Przed porażką uchroniły mnie dotychczasowe sukcesy. I, o czym jestem przekonany, ten blog. Świadomość, że to opisuję, że mam taką odskocznię, że parę osób to czyta i przesyła słowa wsparcia, bardzo pomaga. Dziękuję Wam!

A wiecie, jaki prezent sobie sprawiłem z okazji niemal dwóch tygodni niepelania? Dobre perfumy. Takie, które zawsze chciałem mieć, a ciągle nie kupowałem ich, bo były inne wydatki, bo nie czułem się ze sobą dobrze. A dzisiaj kupiłem, a co! W końcu teraz mogę ładnie pachnieć, więc nie będzie to zakup zmarnowany. 

niedziela, 8 września 2013

Dzień 10: wir wydarzeń

Ale się działo!

Nawet nie myślałem, że tak pochłonie mnie praca i dom. I tym sposobem minęły mi kolejne trzy dni. Wstawałem przed świtem, kładłem się po północy i nie miałem nawet chwili, żeby tu zajrzeć, przemyśleć kilka rzeczy i napisać co nieco.

Upłynęły mi te dni w jakimś wielkim pędzie. Praca, dom, praca. Nic szczególnego, rozumiecie. Są takie dni, które przeżywa się nie dla siebie, po których nie ma wspomnień, tylko zmęczenie do odespania. I to były właśnie takie dni.

Cieszę się z jednego: że nie mam ochoty palić. Czuję, że dotyczy mnie to w coraz mniejszym stopniu. Że jest poza mną. Jasne, są trudne chwile, ale coraz łatwiejsze do zniesienia.

Napiszę coś więcej jutro, będę miał trochę więcej czasu.

czwartek, 5 września 2013

Dzień 7: mija tydzień

Kiedy pisałem wczoraj o tym, że problemy są zawsze i że trzeba nauczyć się z nimi mierzyć, nie spodziewałem się tego, co miało wydarzyć się dziś.

Cztery godziny snu, w pracy od wczesnego rana (siódma), sześć spotkań, dwa kolegia, trzy projekty do finalizowania. Dwanaście godzin w pracy, znowu ciągłe telefony i masa papirologii stosowanej. Znacie to? ;) Żeby chociaż porządnie płacili.

W ciągu tych długich godzin kilkakrotnie nachodziła mnie myśl, aby zapalić. Ale tym razem, mimo stresu - coraz mniej natarczywa. Nie wiem, czy to kolejny podstęp nałogu czy też ochota na zapalenie mi przechodzi, w każdym razie - wytrzymałem i nie było to aż tak trudne.

A jaka radość z tego, ile pieniędzy udało mi się zaoszczędzić - to już będzie niemal setka. Można kupić za to trzy dobre książki lub DVD, wybrać się na dobrą kolację, odłożyć na konto... tyle kosztuje mnie telefon co miesiąc, rachunek za prąd. A te pieniądze "zarabiam" na tym, że czegoś nie robię - jaka satysfakcja!

Bardzo cieszę się z tego tygodnia i czekam na więcej!